Potrzebujący

05 wrz 2012
Elżbieta Nowak
 

Kościół zachęca do dzielenia się z potrzebującymi. Ale w dzisiejszym świecie nawet ta czynność powinna być w jakiś sposób przemyślana.

Jak mi się wydaje, nie każdemu można, tak na ślepo, dawać i to tylko dlatego, że wyciąga rękę. Przeważnie ci, co są naprawdę w biedzie, ręki nie wyciągną za nic w świecie, bo się po prostu wstydzą. I do nich trzeba specjalnie trafić, szukać ich, by im pomóc.

Poszłam nawet raz do księdza, do kancelarii, żeby się trochę dopytać o tych naszych przykościelnych żebraków. Powiedział, że praktycznie nie ma pomysłu na rozwiązanie tego problemu. Kiedyś, gdy zwrócił uwagę tym osobom, że tarasują wejście i wyjście z kościoła, a akurat było dużo ludzi z powodu jakiejś uroczystości, to pewna parafianka wręcz go skrzyczała, jak może do biednych ludzi tak mówić. Więc wycofał się jak niepyszny.

No to siedzą. Widuję, jak litościwe staruszki wrzucają im pieniążki, życzliwie rozmawiają. One często wyglądają o wiele biedniej od jałmużników. I trochę się dziwię, że brak im refleksji lub zaufania do proboszcza. Refleksji, bo jeśli Caritas parafialna pomaga potrzebującym, to i tym osobom też. A jeśli pomimo to chcą same coś dać, to znaczy, że nie mają zaufania do księdza i zespołu. Albo uważają, że wiedzą lepiej, kto tak naprawdę potrzebuje wsparcia. I wtedy troszkę same wcielają się w rolę Pana Boga.

Nie można ich nie zauważyć. Znów coraz liczniej obsiadają schody do naszego kościoła, wchodzą do wewnątrz, podtrzymują drzwi wierząc, że to pomoże uzyskać datek. Jakoś nigdy ich nie zauważyłam w środku kościoła. Te osoby mają buzie czerwone, ze zdrową cerą, tak jak miewają budowlańcy, pewnie od ciągłego przebywania na powietrzu. I do tego odpowiednią tuszę, bo taki siedzący tryb życia nie sprzyja dobrej przemianie materii. A swoją drogą, jakie trzeba mieć końskie zdrowie, by przez cały dzień wytrzymać na otwartym powietrzu, w skulonej postawie. Ja bym padła.

Przez jakiś czas był spokój, gdy nastawał nowy ksiądz proboszcz. Pan kościelny tłumaczył im, że to jest teren kościoła, a nie teren publiczny. Trochę pomogło, bo już nie okupowali tak szczelnie schodów, tylko przynosili własne stołeczki. Ukazał się też tekst w parafialnej gazetce o kulisach tego procederu. Nie przypuszczam, aby akurat on decydująco pomógł, ale zawsze ktoś się zmitygował i pomyślał, na co naprawdę łoży, dając datek takiej osobie.

Ostatnio zauważyłam, jak do żebrzącego mężczyzny podszedł kolega. Ten wyglądał, jakby mu właśnie zabrakło do pół litra. I coś w tym było na rzeczy, bo ten siedzący oddał mu wyżebrane pieniążki, wyciągał je z przezroczystej plastikowej torebeczki, rzeczywiście jakieś małe monety, a tamten je skrupulatnie wybierał. Już nie chciałam patrzeć, jak odchodził i w jakim poszedł kierunku.

Pewnego dnia zaczepił mnie w kruchcie człowiek. Młody, na oko całkiem zdrowy, tylko jakiś bladawy i nieco roztrzęsiony. Wyciągał rękę i błagalnie oświadczał: Jestem głodny. Na pewno jest we mnie sporo okrucieństwa, bo i tym razem nie wytrzymałam. Młode byczysko błaga staruszkę emerytkę o chleb. Toż to powinno być odwrotnie! Odpowiedziałam tylko: Ja mam w domu też głodnych, których muszę nakarmić z mojej renciny, bo chodzą do szkoły – i poszłam sobie. Niestety, też równie obojętnie przeszłam obok młodej Cyganki czy Rumunki z kilkuletnim dzieckiem. Podtykała ona pod nos przechodzącym jakąś karteczkę, pewnie jest tam tekst po polsku, i coś mówiła po swojemu. Dzieciak podczas Mszy głośno gada, a nawet pokrzykuje, oboje ubrani są całkiem nieźle, nie wiem nawet, czy nie lepiej niż ja, i jedzą sobie rożne batoniki, a dziecko ma fajne zabawki, bo przecież przez tyle godzin na żebrach to się nudzi maleństwo. Nie jestem świętą Matką Teresą, zresztą ona jeśli pomagała to naprawdę potrzebującym, takim, którzy sami bez niej już nie mogliby żyć.

Inna sprawa jest z celowością takiej spontanicznej pomocy. Jeśli ktoś potrzebuje na flaszkę, to choć też obiektywnie jest człowiekiem potrzebującym, udzielając mu tej pomocy, wcale mu nie pomagamy. A raczej okropnie szkodzimy. Ten człowiek nie będzie miał bowiem motywacji, by zerwać z piciem. Dopóki ktoś mu daje pieniądze, on może spokojnie pić.

I natychmiast pomyślałam sobie o tych kilku osobach, które na zmianę okupują schody do wszystkich wejść naszego kościoła, od rana do wieczora. I tylko się wymieniają. Wysiadują tam, uprzejmie podtrzymują drzwi wchodzącym, czy ci życzą sobie tego, czy nie, w rękach nawet miewają różaniec. Obok nich, na schodku, stoi plastikowy pojemniczek na pieniążki. Przeważnie na jego dnie leży kilka monet, od groszowych po 1 lub 2 złote. Jedna z tych pań jest na wózku, bo nie ma nogi. Czasami siedzi młoda kobieta – wyjątkowo chuda i blada.

Może gdybym była naprawdę głodna, to też bym się przemogła i wyciągnęła rękę. Lecz te osoby akurat na głodne nie wyglądają. No, może z wyjątkiem tego młodego człowieka, który tak rozpaczliwie mówił, że jest głodny. Ale też do końca nie wiadomo, na czym ten jego głód polegał.

Owszem, plącze się też przy kościele pewien człowiek, ale on ewidentnie ma coś z głową, i w tym miejscu jest akurat na swoim miejscu. Kiedyś widziałam, jak jakiś żebrak przeganiał go i nawet bił, bo ten śmiał przysiąść na jego miejscu. Żal mi tego biedaka, bo akurat w jego sprawie niewiele można zrobić. Do zamknięcia w szpitalu się nie nadaje, ale do normalnego życia też nie.

No cóż, całego świata nie zbawimy. Wszystkim nie pomożemy. Nie zaspokoimy potrzeb nawet tych, co zwracają się do nas osobiście. Tego i milioner by nie przetrzymał, bo wkrótce sam by dołączył do potrzebujących. Ratujmy i pomagajmy – ale z głową.

 

Warto odwiedzić