Głogowiec

22 sie 2017
Jan Gać
 

Że też Pan Jezus upatrzy sobie kogoś i słowami: Pójdź za Mną! wiąże z sobą wybraną osobę na zawsze. A czyni to w taki sposób, iż od tego wezwania nie może być już odwrotu.

Głos jest tak silny, że wybraniec jest zdolny zostawić wszystko za sobą i otworzyć się na Jezusowy głos powołania. Tak właśnie postąpił Mateusz, ów celnik z Kafarnaum, co to na słowa wezwania wstał od stołu z nierozliczoną gotówką, jak zauważył Caravaggio, i poszedł za Jezusem. Podobnie postąpił Szaweł pod Damaszkiem, a w ślad za nim postępowali i nieustannie postępują niezliczone rzesze innych, szczęśliwych wybrańców, co wcale nie znaczy, że ich życie od tego momentu usłane jest różami bez kolców. Wręcz przeciwnie: szczególne powołanie zobowiązuje do wielkich rzeczy, a te nie rodzą się z pominięciem cierpienia.

Upatrzył sobie Pan Jezus dziewczynę na łódzkiej ziemi, wyciągnął osiemnastolatkę z sali tanecznej strażackiej remizy robotniczej Łodzi rodzącego się kapitalizmu w wolnej po zaborach Polsce. Zdezorientowana pobiegła natychmiast do łódzkiej katedry w nadziei rozeznania przed Najświętszym Sakramentem głosu, jaki usłyszała w tańcu: Dokąd cię cierpiał będę i dokąd Mnie zwodzić będziesz? W jednym z łódzkich skwerów natrafiłem ostatniej zimy na drzewo oblepione emblematami, jak na załączonej (na stronie 17) fotografii.

Niespełna 50 kilometrów na północ od Łodzi leży Głogowiec, do niedawna jeszcze cicha i nikomu nieznana wioska, dziś nawiedzana przez rzesze pątników, którzy pragną zobaczyć rodzinny dom św. Faustyny Kowalskiej. A zaglądają tu nie tylko nasi, ale i obcy z szerokiego świata, bo zdjęcie świętej zwykle towarzyszy obrazowi Jezusa Miłosiernego, a ten obiegł już najdalsze zakątki naszego globu. Obraz można spotkać w najmniej spodziewanych miejscach, często w domach ludzi, których byśmy nawet nie podejrzewali o religijne odczucia, zaś Dzienniczek Siostry Faustyny został już przetłumaczony na dziesiątki języków.

Głogowiec. Płasko tu, rolniczo, gleba niezbyt urodzajna, przeważają piaski, przyroda kojąca. W zasięgu wzroku biegnie autostrada A-2, skąd dochodzi przytłumiony pomruk silników pracujących na wysokich obrotach. Mały, zgrabny domek stoi w rzędzie wioskowej zabudowy zaraz z brzegu. Starannie wzniesiony z jasnego kamienia, jaki ludzie wyciągali z ziemi i obrabiali we własnym zakresie na kształt cegieł, dziś lśni jak nowy. Podwórko zadbane, czyściutkie, ozdobne krzewy, kilka drzew owocowych, jak to na wsiach. Studnia ocembrowana tymże samym kamieniem rożniatowskim. Ławeczki. Można tu spocząć pod drzewami. Podumać, nikt nie popędza. Mieszkalne pomieszczenia wychuchane, nie widać już lokatorów, dom stanowi rodzaj muzeum. Sprzęty jakby te same – przynajmniej niektóre – co za życia małej Helenki. Ułożona z solidnych desek podłoga zastąpiła ówczesną polepę. Stolarski warsztat Stanisława Kowalskiego został częściowo odtworzony. Stanisław, ojciec przyszłej świętej, zmarł tu w wieku 78 lat, matka, Marianna, dożyła 90 lat i odeszła do wieczności w 1965 r., kiedy w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się proces informacyjny w sprawie beatyfikacji s. Faustyny Kowalskiej. Tu mieszkało jej rodzeństwo, sześć sióstr i trzech braci, Helenka była trzecim dzieckiem państwa Kowalskich, małżeństwa uchodzącego za bezdzietne przez dziesięć lat. Nie pomieszkała tu długo. Już jako nastolatka musiała pójść do obcych ludzi na służbę, by wspomóc rozrastającą się rodzinę. Jako zakonnica w Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia raz jeden odwiedziła swój rodzicielski dom, zimą 1935 r., kiedy przybyła z wileńskiego klasztoru, żeby pożegnać śmiertelnie chorą matkę.

Przy okazji odwiedzin chorej, która w sposób niemal cudowny powróciła do zdrowia, rodzinny dom Siostry Faustyny każdego dnia wypełniał się rodzeństwem i sąsiadami: Znajome przychodziły z dziećmi i prosiły, żebym je brała chociaż na jedną chwilę na rękę i pocałowała. Mieli to za wielką łaskę, a dla mnie była to sposobność do ćwiczenia się w cnocie, bo niejedno było dosyć brudne, ale żeby się przełamać i nie okazać wstrętu, to takie brudne dziecko pocałowałam dwa razy. Co za wzruszające zdania zapisała przy tej okazji (395-402)! Wstąpiła też do niewidzianego od dziesięciu lat kościółka parafialnego, gdzie w obecności braciszka, małego Stasia, podczas modlitwy usłyszała słowa: Wybranko moja, udzielę ci jeszcze większych łask, abyś była świadkiem przez całą wieczność nieskończonego miłosierdzia mojego.

W czasach Faustyny z Głogowca szło się polną drogą do Świnic Warckich jakieś dwa kilometry polami, bo w tamtejszej wiosce stoi kościół parafialny. Dziś obie wsie połączono drogą asfaltową, a na poboczu ułożono szeroki chodnik pozwalający ludziom przemieszczać się w obu kierunkach wolnym spacerkiem. Kościółek jest skromniutki, bo też parafia w Świnicach Warckich nigdy nie była liczna. Obecnie odnowiony i nieco rozbudowany, bo to przecież sanktuarium urodzin i chrztu św. Faustyny, o czym nad wejściem informuje stosowny napis. W bocznym ołtarzu widnieje obraz św. Faustyny, tuż przy balustradzie stoi chrzcielnica, ta sama, przy której ówczesny proboszcz, ks. Chodyński, udzielił sakramentu chrztu dwudniowemu niemowlęciu płci żeńskiej, wpisując do ksiąg parafialnych imię noworodka – Helena. Nad chrzcielnicą portret św. Jana Pawła II, papieża, który od pierwszych dni swego pontyfikatu, a nawet wcześniej jako arcybiskup krakowski, patronował sprawie uznania Dzienniczka s. Faustyny Kowalskiej za zgodny z nauką Kościoła, a później wyniósł ją do chwały ołtarzy jako błogosławioną, a w końcu i świętą. Papież, który wprowadził w Kościele powszechnym święto Bożego Miłosierdzia, przypominając światu o tym największym przymiocie Boga w encyklice Dives in misericordia.

 

Przeczytaj także

Warto odwiedzić