Nie zwyciężyła ich przemoc - O wierze, która nie cofnęła się przed cierpieniem

23 lip 2026
ks. Stanisław Groń SJ
 

W świecie, który boi się cierpienia, nie ufa trwałym zobowiązaniom i często traktuje wiarę jako prywatny dodatek do życia, świadectwo nowych błogosławionych salezjanów może wydawać się odległe. Auschwitz, Dachau, gestapo, więzienia, tortury – to wszystko należy przecież do innej epoki.

A jednak ich życie stawia człowiekowi XXI wieku pytania zaskakująco aktualne: kim jestem, gdy przychodzi próba? Co jest warte wierności? Czy można zachować dobroć w świecie brutalnym? I czy wiara naprawdę ma siłę podtrzymać człowieka wtedy, gdy wszystko inne zostaje odebrane? Historia nowych błogosławionych salezjanów nie jest jedynie kroniką wojennego okrucieństwa. To przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy przez całe życie uczyli się codziennej wierności Bogu – a męczeństwo stało się jedynie ostatnim rozdziałem tej drogi.

Ks. Ignacy Antonowicz (ur. 14 VII 1890 – zm. 21 VII 1941), nr obozowy: 17371; fot. 4.

Aresztowany wraz ze współbraćmi salezjanami w Krakowie, trafił do KL Auschwitz, gdzie został poddany brutalnym torturom. Szczególnie tragiczny okazał się dzień 27 czerwca 1941 roku: Dowódca karnej kompanii wywołał przed szeregi zupełnie wyczerpanego księdza Antonowicza, kazał padać na ziemię i powstawać bez końca. Wreszcie poszczuł psem, który zerwał z nieszczęśliwca płaty skóry i kawałki ciała. Nieprzytomnego księdza Ignacego odniesiono na „rewir.”

Ks. Ignacy Dobiasz (ur. 14 I 1880 – zm. 27 VI 1941), nr obozowy: 17364; fot. 6.

Pokorny kapłan i ceniony spowiednik został zamordowany już następnego dnia po przywiezieniu do Auschwitz, podczas wyczerpującej pracy w karnej kompanii: Franz zepchnął go w dół… Po długich staraniach, bez przerwy bity, wywlókł się na wierzch… Teraz kapo tak długo katował swoją ofiarę, aż ta wyzionęła ducha.

Ks. Karol Golda (ur. 23 XII 1914 – zm. 14 V 1942), nr obozowy: 18160; fot. 3.

Młody salezjanin i gorliwy spowiednik został aresztowany za posługę sakramentalną wobec niemieckiego żołnierza. Ksiądz Karol przeszedł pięć miesięcy prawdziwego męczeństwa, w którego czasie nie oszczędzono mu tortur i bunkra głodowego. Wśród samych miejscowych SS-manów panowała opinia, że ksiądz Golda zginął jako ofiara tajemnicy spowiedzi.

Ks. Franciszek Harazim (ur. 22 VIII 1885 – zm. 27 VI 1941), nr obozowy: 17375; fot. 8.

Wybitny wychowawca i kapłan został bestialsko zamordowany drugiego dnia pobytu w Auschwitz, przed śmiercią otrzymał jeszcze rozgrzeszenie od współbrata: Ksiądz Franciszek został zrzucony do niego wraz z naładowaną taczką. Leżąc w dole z połamanymi rękami i nogami, był bity przez kapo ciężkim drągiem. (…) Został zabity razem z ks. Kazimierzem Wojciechowskim, kiedy obydwu duszono belką przyłożoną do gardeł.

Ks. Franciszek Miśka (ur. 5 XII 1898 – zm. 30 V 1942); fot. 7.

W Dachau podjął heroiczną służbę współwięźniom, sam cierpiąc z powodu wycieńczenia i choroby: Księdzu Franciszkowi zlecono w obozie wykańczającą go pracę. Kiedy zmuszono go do noszenia kotłów z zupą, złamał rękę. Zmarł z choroby i wycieńczenia.

Ks. Ludwik Mroczek (ur. 11 VIII 1905 – zm. 5 I 1942), nr obozowy: 17340; fot. 9.

Nazwany przez współwięźniów „tytanem cierpienia”, heroicznie znosił skutki brutalnego pobicia w Auschwitz: Całe jego ciało było w ropie. (…) Po zakończeniu zabiegu ksiądz Mroczek wyglądał jak egipska mumia, był obandażowany od kostek u nóg aż po samą szyję.

Jeden ze świadków wspominał jego śmierć słowami: Rano (…) nie otworzyły się już oczy księdza Mroczka. Jego twarz była pełna jasności i pogody.

Ks. Włodzimierz Szembek (ur. 22 IV 1883 – zm. 18 IX 1942), nr obozowy: 60019; fot. 2.

Dobrowolnie zgłosił się do obozu na miejsce starszego współbrata. Przeszedł wyjątkowo ciężkie tortury: Przywiązywano go do słupa w kajdanach; oprawcy bili go, szydzili, drwili, łamali żebra. Przetrzymywany był tam w betonowej celi, wilgotnej i zimnej, bez siennika i koca, stale przesłuchiwany i poddawany torturom.

Ks. Jan Świerc (ur. 29 IV 1877 – zm. 27 VI 1941), nr obozowy: 17352; fot. 1.

Pierwszy z salezjanów zamordowanych podczas tragicznego dnia 27 czerwca 1941 roku na żwirowisku w Auschwitz: W pewnym momencie kapo twardym batogiem uderzył z całej siły ks. Jana w twarz tak fatalnie, że oko wypłynęło na wierzch. (…) Podniósł go z ziemi i z całej siły pchnął na taczkę z kamieniami, tak iż złamał mu kręgosłup, a zwisającą głowę zmiażdżył kamieniem.

Ks. Kazimierz Wojciechowski (ur. 16 VIII 1904 – zm. 27 VI 1941), nr obozowy: 17342; fot. 5.

Gorliwy wychowawca młodzieży został zamęczony tego samego dnia co ks. Franciszek Harazim: Kapo i blokowy zrzucili ciężką belkę i położyli na szyjach konających kapłanów i śmiejąc się, przygadywali: „Tak, ogłupiać ludzi umiecie…”.

 

Świętość nie zaczyna się w godzinie próby

Kiedy patrzymy na męczeńską śmierć ks. Jana Świerca, ks. Ignacego Antonowicza, ks. Karola Goldy czy ks. Włodzimierza Szembeka, łatwo zatrzymać się na samym heroizmie ostatnich chwil. Jednak ich świadectwo pokazuje coś ważniejszego: człowiek nie staje się wierny nagle. Ci kapłani nie obudzili się pewnego dnia gotowi na męczeństwo. Wierność dojrzewała w nich latami – w modlitwie, codziennych obowiązkach, odpowiedzialności za innych, uczciwej pracy, cierpliwym słuchaniu ludzi w konfesjonale, trosce o młodzież, prostocie życia. Ksiądz Ignacy Dobiasz nie był wielkim mówcą ani człowiekiem spektakularnych sukcesów. Zapamiętano go jako cichego spowiednika, który godzinami siedział w konfesjonale, często rezygnując z własnego odpoczynku. Ksiądz Ludwik Mroczek zdobył serca młodzieży zwyczajną dobrocią i obecnością, a ks. Kazimierz Wojciechowski wychowywał przez muzykę, sport i codzienny kontakt z młodymi. Ksiądz Franciszek Harazim budował wspólnotę pokorą i kulturą serca. Ich świętość rodziła się w zwyczajności. To pierwsza lekcja dla współczesnych: wiara nie dojrzewa w wyjątkowych momentach, lecz w codziennych decyzjach. Wierność małżeńska, uczciwość w pracy, cierpliwość wobec bliskich, codzienna modlitwa mimo zmęczenia, przebaczenie, którego nikt nie widzi – właśnie tam człowiek przygotowuje swoje serce na większe próby. Dzisiejszy świat fascynuje się spektakularnością. Tymczasem błogosławieni przypominają: Bóg działa najczęściej w ukryciu.

 

Wiara silniejsza niż lęk

Nasza epoka jest epoką lęku. Lękamy się przyszłości, wojny, kryzysów, samotności, utraty bezpieczeństwa. Coraz więcej ludzi żyje w poczuciu niepewności. Nowi błogosławieni nie byli ludźmi pozbawionymi strachu. Nie byli bohaterami z kamienia. Bali się, cierpieli, byli bici, upokarzani, torturowani. A jednak nie pozwolili, aby lęk decydował za nich. Młody ks. Karol Golda dobrze wiedział, czym grozi spowiadanie niemieckiego żołnierza. Mógł odmówić. Mógł się zabezpieczyć. Wybrał jednak wierność kapłańskiemu sumieniu. Zapłacił za to życiem. Według świadków zginął jako ofiara tajemnicy spowiedzi. Ksiądz Włodzimierz Szembek dobrowolnie stanął w miejsce starszego współbrata, chcąc oszczędzić mu cierpienia. Człowiek wychowany w arystokratycznym domu wybrał ubóstwo, a potem – odpowiedzialność za drugiego aż po własną śmierć. W czasach, gdy tak łatwo usprawiedliwiamy kompromisy, oni uczą, że istnieją wartości, których nie wolno sprzedać za święty spokój. Nie chodzi jednak wyłącznie o wielkie heroiczne wybory. W XXI wieku odwaga wiary często wygląda inaczej: uczciwie przyznać się do swoich przekonań, nie ulec presji środowiska, pozostać człowiekiem sumienia, nie zgodzić się na cynizm, nie szydzić z dobra, nie zdradzić prawdy dla wygody. Męczennicy przypominają: odwaga chrześcijanina nie polega na braku strachu, ale na tym, że strach nie staje się panem serca.

 

Nie pozwolić, by zło odebrało człowieczeństwo

Jednym z najbardziej poruszających aspektów ich świadectwa jest fakt, że w samym środku piekła pozostali ludźmi. Obozy koncentracyjne miały odebrać człowiekowi godność. Więźniowie mieli przestać być osobami, a stać się numerami. Tymczasem błogosławieni bronili w sobie człowieczeństwa do końca. Ksiądz Franciszek Miśka podtrzymywał współwięźniów na duchu nawet wtedy, gdy sam konał z wycieńczenia. Ksiądz Ludwik Mroczek – nazwany „tytanem cierpienia” – zamiast pogrążać się w rozpaczy, uspokajał innych prostą wiarą i wskazywał Boży sens nawet pośród cierpienia, a ks. Włodzimierz Szembek wracając z brutalnych przesłuchań, zachęcał do modlitwy za oprawców. Jak to możliwe? Odpowiedź jest trudna, ale głęboko ewangeliczna: oni wcześniej nauczyli się patrzeć na człowieka oczami Chrystusa. Dzisiaj również żyjemy w kulturze odczłowieczania. Łatwo zamienić człowieka w przeciwnika politycznego, anonimowego hejtera, przeszkodę, konkurenta albo problem. Łatwo odpłacić pogardą za pogardę. Nowi błogosławieni uczą czegoś radykalnego: nie pozwól, aby zło zmieniło twoje serce na własne podobieństwo. To jedna z najpilniejszych lekcji dla współczesnego świata.

 

Świętość odpowiedzialności

Uderza jeszcze jedna wspólna cecha tych kapłanów – odpowiedzialność. Nie uciekali od ludzi. Nie szukali łatwiejszych dróg. Byli wychowawcami, katechetami, profesorami, duszpasterzami, spowiednikami. Kochali młodzież, inwestowali czas w formację, budowali wspólnoty. Nie traktowali wiary jako prywatnej sprawy, ale jako zadanie. Dziś kryzys odpowiedzialności jest jednym z największych problemów współczesności. Łatwo wycofać się z relacji, porzucić zobowiązania, dystansować od trudnych spraw. Tymczasem błogosławieni salezjanie pytają współczesnego człowieka: za kogo jesteś odpowiedzialny? Komu dajesz nadzieję? Czy ktoś staje się lepszy dzięki twojej obecności? To pytanie szczególnie ważne dla rodziców, nauczycieli, wychowawców, księży, liderów wspólnot – ale także dla każdego chrześcijanina. Świętość nie jest oderwaniem od świata. Jest odpowiedzialnym kochaniem świata mimo jego ran.

 

Jak korzystać z ich świadectwa dziś?

Męczenników łatwo podziwiać. Znacznie trudniej pozwolić, by zmieniali nasze życie. Tymczasem Kościół nie wynosi błogosławionych na ołtarze po to, by byli tylko pięknym wspomnieniem. Jak więc korzystać z ich świadectwa w XXI wieku? Po pierwsze – uczyć się codziennej wierności. Nie czekać na wielkie okazje do heroizmu, ale być wiernym w małych rzeczach. Po drugie – odważnie formować sumienie. Człowiek bez sumienia łatwo staje się zakładnikiem nastrojów, opinii i presji. Po trzecie – modlić się o serce wolne od nienawiści. Oni cierpieli straszliwie, a mimo to nie odpowiadali pogardą. Po czwarte – inwestować w młodych. Prawie wszyscy nowi błogosławieni byli wychowawcami. Wiedzieli, że przyszłość Kościoła i społeczeństwa rodzi się w cierpliwej pracy z drugim człowiekiem. I wreszcie – nie bać się wiary wymagającej. Współczesność proponuje chrześcijaństwo wygodne, bez kosztu, bez decyzji, bez konsekwencji. Ich życie pokazuje coś przeciwnego: wiara naprawdę kosztuje, ale daje wolność, której nie może odebrać nawet obóz koncentracyjny.

 

Świadkowie nadziei

Najbardziej zadziwiające w historii nowych błogosławionych nie jest samo cierpienie. Jest nim to, że przemoc nie zwyciężyła ich duchowo. Oprawcy mogli odebrać im zdrowie, wolność, życie – ale nie zdołali odebrać wiary, godności i miłości. I może właśnie dlatego są dziś tak potrzebni. Bo człowiek XXI wieku nie potrzebuje kolejnych bohaterów sukcesu. Potrzebuje świadków nadziei. Takich, którzy przypominają, że nawet w najciemniejszym czasie można pozostać człowiekiem. Że dobro nie jest naiwnością. Że sumienie ma znaczenie. Że świętość nie jest zarezerwowana dla wybranych, ale zaczyna się tam, gdzie ktoś każdego dnia mówi Bogu swoje zwyczajne, ciche: „tak”.

 

Warto odwiedzić