Marta i Maria – siostry z Betanii
W dalszej podróży Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Ewangelia według św. Łukasza 10, 38-40
Najbliższymi uczennicami Jezusa, po Marii Magdalenie, są siostry Marta i Maria z Betanii. Podobnie jak Maria Magdalena i one nie są definiowane przez odniesienie do mężczyzny, co było oczywistością w patriarchalnym świecie starożytności – także w Izraelu. Wiemy z Ewangelii św. Jana, że miały brata – Łazarza. Czemu więc św. Łukasz nie odnosi ich do Łazarza, nie mówi o domu Łazarza, ale o domu Marty. Niektórzy komentatorzy twierdzą, iż przyczyną tego był fakt, że Łazarz był niepełnoletni, a nawet, że był dzieckiem. Inni z kolei podkreślają, że Ewangelista chciał w ten sposób podkreślić, że Marta i Maria, podobnie jak Maria Magdalena, były niezależnymi kobietami, a więc swoistymi wyjątkami w ówczesnym świecie. Jedynym ich męskim odniesieniem był Jezus – ich Mistrz. Były Jego uczennicami i to właśnie je definiowało.
Były jednak bardzo szczególnymi uczennicami, bo nie chodziły z Nim, jak to było w przypadku uczniów i innych uczennic Jezusa. Betania leży blisko Jerozolimy i ich dom stanowił swoistą bazę dla Pana Jezusa, gdy udawał się do miasta świętego. Było to ich uczestnictwo w Jego misji, ale nie tylko… Każda na swój sposób dbała o potrzeby Pana i Jego uczniów, na swój sposób chłonęła też to, co Mistrz przynosił do ich domu. Marta była zapobiegliwą organizatorką i – jak czytamy w Ewangelii – uwijała się koło rozmaitych posług. Czuła się odpowiedzialna za dom i gości, którzy doń przybywali. Maria – zapewne młodsza – bardziej ceniła to, co Jezus mówił, niż usługiwanie Mu. Czy była Jego lepszą uczennicą? Trudno powiedzieć. Obydwie kochały Jezusa i poświęcały swój czas – czyli swoje życie – dla Niego, każda na swój sposób.
W pewnym momencie utrudzona Marta wyraża swe niezadowolenie z postawy siostry i mówi do Jezusa: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła (Łk 10, 40b). Reakcja Jezusa jest zaskakująca. Nie krytykuje Marty za jej starania, bo przecież była to również praca dla Niego. Wie doskonale, że jest ona konieczna. Reaguje tylko na pretensje Marty, które nie dotyczą jedynie Marii, ale pośrednio i Jego samego, bo Marta imputuje Mu obojętność na jej trud. Oczywiście, że nie jest Mu to obojętne. Kocha je obydwie i dlatego mówi słowa, w których wyczuwa się współczucie czy nawet miłosierdzie: Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a tak naprawdę potrzeba niewiele albo tylko jednego… Tu nie chodzi o pracę Marty, ale o jej serce – zmartwione i pełne niepokoju, podczas gdy On jest „Księciem pokoju”.
W polskim przekładzie przeczytamy dalej: Maria wybrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. Polscy tłumacze idą tu za tradycją zachodnią zapoczątkowaną przez św. Hieronima, tłumacza Biblii na język łaciński. Tymczasem w oryginalnym tekście greckim mamy: Maria wybrała dobrą część (ἀγαθὴν μερίδα), której nie będzie pozbawiona… (Łk 10, 42). Czy część Marty jest zła? Nie jest taka sama w sobie, ale Jezus przynosi ze sobą życie wieczne, i to właśnie je wybiera Maria. Marta natomiast koncertuje się na życiu doczesnym, a to nigdy nie zadowala człowieka, bo jest stworzony do wieczności. Stąd też ludzie skupiający się na życiu doczesnym co rusz mają pretensje do siebie, do bliźnich, a ostatecznie do Boga, ponieważ ciągle doświadczają niedostatku i żyją w przynajmniej podświadomym zagrożeniu, że je utracą. Nie chodzi o to, żeby Marta zaprzestała tego, co robi, ale żeby pamiętała, iż to nie napełni jej serca i że wcześniej czy później wszystko to straci. Ważne, by swe pragnienia skoncentrowała, jak Maria, na tym, czego nigdy nie będzie pozbawiona. To jest też nauka i dla nas: słuchanie słowa i ewangelizacja są ważniejsze niż działalność charytatywna, choć to drugie jest dobre i istotne, ale służy temu, co przemija, natomiast słowo przynosi życie wieczne.
Marta okazuje się tu pojętną uczennicą, bo kiedy potem – na krótko przed swoją męką – Jezus znów zawita do ich domu, Maria zrobi coś szokującego. Weźmie funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego, namaści Jezusowi nogi i otrze je swymi włosami (por. J 12, 3). Marta, która i tym razem będzie im usługiwać, nie tylko nie będzie mieć pretensji, że Maria jej nie pomaga, ale – co więcej – w pełni zaakceptuje jej gest, który będzie kosztował całą ich trójkę (z Łazarzem włącznie) fortunę, bo aż trzysta denarów. Jeśli weźmie się pod uwagę, że za dniówkę płacono wówczas jednego denara, to łatwo obliczyć, że był to owoc ponad dziewięciu miesięcy pracy. Jednak dla Marty nie miało to znaczenia. Zapewne w pełni akceptowała gest siostry, bo wiedziała już, że Jezus jest zmartwychwstaniem i życiem. Pretensje miał tylko ten, dla którego ciągle liczyła się tylko doczesność, mimo że jako uczeń chodził za Jezusem, a który Go potem wydał.
Owo doświadczenie, że Jezus jest zmartwychwstaniem i życiem, było dla Marty i Marii szczytem ich bycia uczennicami Jezusa, a miało ono miejsce na krótko przed wspomnianym gestem Marii. Zrodziło się zaś w jednym z najtrudniejszych momentów ich życia. Była nim śmierć ich brata Łazarza. Jak wiemy z Ewangelii św. Jana (J 11, 1-44), siostry posłały do Jezusa wiadomość o chorobie Łazarza. Jednak Jezus nie przybył na czas. Ewangelista podkreśla, że świadomie zwlekał z przybyciem. Kiedy wreszcie przyszedł, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie.
Niesamowity jest dialog Marty z Jezusem w chwili, gdy Go spotyka. Nie ma w nim cienia pretensji, choć wcześniej miała pretensje o rzecz nieporównywalnie mniej ważną. Jest tylko proste stwierdzenie: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł, ale i akt wiary: Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Na słowa Jezusa, że jej brat zmartwychwstanie, odpowiada tak, jak wtedy wierzyli Żydzi, że, owszem, zmartwychwstanie, ale w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. I wtedy słyszy wyznanie Jezusa: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki zakończone pytaniem: Wierzysz w to? Na co ona odpowiada swoim wyznaniem, które jest porównywalne z wyznaniem Piotra spod Cezarei Filipowej: Tak, Panie! Ja mocno wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat. Podkreśla to wielu Ojców Kościoła i późniejszych teologów. Zwłaszcza w kręgach teologii feministycznej powyższe wyznanie Marty jest mocno akcentowane, do tego stopnia, że nawiązując do wyznania Piotra i określenia Go przez Jezusa „skałą”, stawia się wyzywające pytanie: Czy jej wyznanie „Mesjasza, Syna Bożego” nie jest skałą, na której ufundowany jest Kościół Janowy?
Marta przyprowadza potem do Jezusa swą siostrę Marię, stając się dla niej poniekąd apostołką. Maria wypowiada przy powitaniu te same słowa, co jej siostra: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Jezus jednak nie odpowiada już na te słowa, bo zna jej serce i wiarę. Pełne zaufanie nie potrzebuje słów… Wystarcza w pełni obecność Słowa. Krótko potem obydwie stają się świadkami wskrzeszenia ich brata Łazarza, a później samego Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego.
Kościół zachodni i wschodni spierać się będą przez wieki o rolę trójki rodzeństwa w pierwotnej ewangelizacji. Dla Zachodu Łazarz zostanie pierwszym biskupem Marsylii, a dla Wschodu – Kition na Cyprze (późniejszej Larnaki). Siostry zaś podążą za nim i będą w tej apostolskiej działalności posługiwać zgodnie ze swoimi charyzmatami.
